[Recenzja] Babymetal – Metal Resistance

Kiedy w 2010 roku najpierw Suzuka Nakamoto, a później Moa Kikuchi i Yui Mizuno, dołączały do grupy “idolek” Sakura Gakuin (“Wiśniowa Akademia”), zapewne wyobrażały sobie swoje dalsze kariery nieco inaczej niż to, co rzeczywiście miało je czekać już niebawem. Dla odróżnienia od innych naśladujących szkołę grup, takich jak popularne Morning Musume czy AKB48, stojąca za grupą agencja Amuse postanowiła stworzyć w swojej “szkole” odpowiedniki kółek zainteresowań.

Jednym z nich było “kółko muzyki ciężkiej”, które jako zespół BABYMETAL zadebiutowało utworem “Doki Doki Morning”, łączącym dziecięcy wdzięk i urok z ciężkimi gitarami i gotyckim wizerunkiem. Utwór w październiku 2011 wydano jako singiel, a później popularność zespołu tylko rosła. Gdy dla Suzuki nadszedł czas “ukończenia” Wiśniowej Akademii, naturalnym było przekształcenie BABYMETAL w samodzielną grupę o stałym składzie. Później nadszedł czas na pierwszy album, występy na Budoukanie, dwie międzynarodowe trasy koncertowe – a teraz Su-metal, Moametal i Yuimetal, już jako niemal dorosłe kobiety, powracają z drugą, bardzo oczekiwaną na całym świecie płytą “Metal Resistance”.

Krążek rozpoczyna się od doskonale znanego już wszystkim fanom kawałka “Road of Resistance”, stworzonego przy udziale Hermana Li i Sama Totmana z grupy DragonForce. Utwór był już wydany rok wcześniej jako singiel, pojawiał się też jako bonusowa ścieżka na koncertowych wydawnictwach grupy, oraz międzynarodowym wydaniu pierwszego albumu. Doskonała piosenka, która jest popisowym numerem dziewczyn na koncertach, tutaj stanowi mocny, typowo power metalowy wstęp, który całkiem nieźle zapowiada dalszą część płyty.

Ta bowiem przez kilka kolejnych utworów wcale nie zwalnia. Znane już z singla bardzo energiczne, wpadające w ucho “KARATE” kolejny raz łączy mroczne, nisko strojone gitary z chwytliwym, energicznym refrenem, który – gdyby nie aranżacja – spokojnie mógłby wojować na popowych listach przebojów. Początkowo wydaje się to trochę razić, szczególnie Szogiego, ale po przesłuchaniu całej płyty nastawienie się zmienia – “KARATE” zdecydowanie znajduje się w czołówce utworów z nowej płyty.

Muzyka BABYMETAL jest właśnie jak refren tego utworu – to de facto chwytliwy pop z mocnymi, metalowymi aranżacjami. Dowodzi tego także kolejny utwór “Awadama Fever” – skomponowany przez, znanego z grupy Mad Capsule Markets, Takeshiego Uedę, bez uprzedzeń łączy drum’n’bassowy podkład i syntezatory z ciężkimi gitarami i mocnym wokalem dziewczyn. Początek przypomina trochę The Prodigy, ale to tylko początek – potem jest coraz lepiej. Dobrze widać tutaj ogólną cechę tej płyty – przy pierwszym przesłuchaniu wszystko wydaje się dziwne, nietypowe, może trochę denerwujące – ale już za drugim, trzecim, czwartym razem, ciężko przestać nucić i wyrzucić melodię z głowy.

Mieszankę gatunkową kontynuuje “YAVA!”, momentami brzmiąc niemal jak rasowe ska, łącząc to z mieszanką gitar, perkusji i syntezatorów, którą ciężko sklasyfikować jako jakikolwiek gatunek muzyczny. Brzmi to trochę jak opening z klasycznego anime, popowa piosenka z metalowymi wstawkami – ciągle utrzymując jednak bardzo szybki i energiczny rytm. “Amore” w pierwszych sekundach wydaje się przynosić uspokojenie, ale szybko przeradza się w kolejny mocny, typowo power metalowy utwór z szaleńczą perkusją i świetnymi partiami gitar i basu, które nagrał Leda – znany już z występów z BABYMETALem w zespole Kami Band, a wcześniej ze współpracy m.in. z grupami Galneryus i DELUHI. To jedna z niewielu piosenek, które wpadają w ucho już przy pierwszym przesłuchaniu. Zespół dał tu czadu, Su-metal zresztą też. Energiczna piosenka, nóżka sama chodzi, a solówka na basie w środku utworu jest świetna.

“Meta Taro” przynosi nieco uspokojenia, wprowadzając do zespołu nieco folku i podniosłe, trochę kojarzące się z wojennymi pieśniami melodie. Trochę pretensjonalnie brzmi jednak pojawiające się czasami literowanie growlem. Kawałek jest dość monotonny i raczej jest jednym z gorszych na płycie, choć mimo to potrafi dziwnie utkwić w pamięci. Świetnie sprawdziłby się w roli intra do płyty – w jej połowie może trochę nużyć, zwłaszcza przy pierwszych przesłuchaniach.

Przy siódmej ścieżce japońskie i międzynarodowe wydania albumu rozbiegają się. Japończycy otrzymują tutaj utwór “Syncopation”, który brzmi jak typowy, generyczny j-rock, trochę kojarzy się z dokonaniami klasycznych zespołów z nurtu visual kei. Wpada jednak w ucho i utrzymuje energię na odpowiednim poziomie. Zachodni fani z kolei zostali uraczeni kawałkiem “From Dusk Till Dawn”, będącym kolejnym międzygatunkowym eksperymentem, w którym ambientowe syntezatory spotykają nu-metalowe gitary, a nawet dubstep – partii wokalnych jest za to niewiele, a całość brzmi trochę jak późny Linkin Park. Videl stwierdziła, że brzmi to trochę jak zlepek paru wokali i podkładów, powycinanych z innych piosenek – nie zapada w pamięć, nie wnosi nic fajnego do albumu, trochę taki zapychacz. Balibuli za to przyznał, że nie jest to zły utwór, i zdarzyło mu się nawet go nucić wracając ze sklepu 😉 Mimo wszystko, japońscy fani chyba jednak wyszli na tym lepiej.

“GJ!” oraz “Sis. Anger” wykonuje BLACK BABYMETAL, czyli Yui i Moa, bez udziału zwykle dominującej w zespole Suzuki. W pierwszym z nich, najkrótszym na płycie, występuje coś na kształt rapu, przypominając “Onedari Daisakusen” z poprzedniego krążka, choć podkład muzyczny jest tu zdecydowanie cięższy – na osłodę dostajemy za to bardzo dziewczęco zaśpiewany refren. Całość pasuje do grupy, i słucha się tego przyjemnie, choć bywa miejscami trochę monotonnie. “Sis. Anger” to z kolei – zgodnie z nazwą – najcięższy utwór na płycie. Gdyby w warstwie wokalnej użyć growlu, byłby to wręcz typowy death metal. Słodkie głosiki dziewcząt, wykrzykujących przeciąganymi sylabami – co brzmi trochę dziwnie i przerażająco – tekst o tym, jak bardzo nienawidzą nienawistnych ludzi, sprawiają że całość brzmi oryginalnie, choć na pewno nie jest to utwór dla każdego. Wydaje się, że może mieć tyle samo zwolenników, co przeciwników.

“No Rain, No Rainbow” śpiewa z kolei Su-metal solo. Znany już wcześniej z koncertów utwór to typowa rockowa ballada, zaczynająca się rzewnie, ale wzbierająca na sile w kolejnych zwrotkach. Całości dopełniają solówki – partie gitary i basu kolejny raz nagrał tutaj Leda, odpowiedzialny również za aranżację tej piosenki. Jak to podsumowała Videl – “bardzo przyjemna, dużo wokali, fajne gitarki, ogólnie 2/10 :P”

Album wieńczą “Tales of the Destinies” i “The One” – utwory skomponowane przez duet Mish-Mosh, które chyba bezpiecznie można uznać za dwie części większej całości. “Tales of the Destinies” to pięć minut mocno progresywnych, połamanych rytmów, których spodziewalibyśmy się raczej na płycie Dream Theater. Przez pierwsze dwie minuty mamy tutaj dość typowe dla BABYMETAL brzmienie, stosunkowo przystępne dla ucha. Później jednak kompozytorzy trochę przesadzili z progresywnością, mało jest też partii wokalnych (choć przez Videl pół radia słyszy tam “just dotknij, just dotknij now” xD). Do wykonania tego kawałka potrzeba nie lada umiejętności, ale brakuje tu trochę płynności, całość wydaje się mocno poszarpana i trochę bez ładu i składu.

Dużo tutaj instrumentów klawiszowych, i to właśnie fortepianowe outro płynnie łączy ten utwór z wieńczącym płytę “The One” – kolejną rockową balladą, którą według Videl – jako singiel trzeba było przesłuchać bardzo wiele razy, żeby się do niej przekonać. Jako zakończenie płyty sprawdza się jednak znacznie lepiej, wręcz idealnie. Prowadzi ją bardzo techniczny riff na gitarze, a wielokrotnie powtarzany aż do wyciszenia refren sprawia, że odsłuch kończymy z zadowoleniem i nadzieją na więcej, a przy kolejnych przesłuchaniach śpiewamy już razem z dziewczynami.

Videl: Po przesłuchaniu pierwszy raz całego albumu miałam mieszane uczucia, ale warto było dać mu drugą szansę. Niektóre piosenki są średnie, inne łatwo wpadają w ucho i zapadają w pamięci. Tak właśnie mam choćby z trzecią piosenką, “Awadama Fever” – chociaż po pierwszym przesłuchaniu nie byłam nią oczarowana, to jednak utkwiła mi w głowie i ciągle ją nuciłam. Album dostaje ode mnie jakieś 7/10, chociaż czuję, że jeszcze parę przesłuchań i ocena podskoczy. Ogólnie nie jest źle, jednak patrząc na czas, jaki czekaliśmy na nowy album Babymetalu można było spodziewać się czegoś lepszego, a teledysk do “Karate” mógłby być trochę mniej nużący 😀 I tak będę katować te utwory!

Balibuli: “Metal Resistance” to płyta bardzo różnorodna, co w tym przypadku oznacza, że nie wszystkie utwory każdemu przypadną do gustu. W porównaniu do poprzedniczki wydaje się mieć mniej natychmiastowych hitów, choć trzeba pamiętać, że jesteśmy z nimi dobrze osłuchani przez kilka lat – a nowa płyta wydaje się z każdym przesłuchaniem zyskiwać i coraz bardziej wpadać w ucho. Większość płyty jest bardzo szybka i energiczna, a twórcy eksperymentują też z nieco mniej przystępnymi odmianami metalu. Na pewno płyta warta jest przesłuchania, choć – mimo popowych korzeni grupy – wymaga od słuchacza sporej dozy akceptacji dla typowych dla metalu elementów – w wyraźnie większym stopniu niż poprzedniczka. Ciekawi też, jak nowe kawałki sprawdzą się na koncertach. A propos – przy dużej ilości klawiszy i syntezatorów można się zastanowić, czy być może do Kami Band nie dołączy jakiś klawiszowiec…?

Szogi: Po pierwszym przesłuchaniu nowej płyty BABYMETAL i kilkukrotnym przyjrzeniu się kilku kawałkom bliżej, na gorąco stwierdzam że płyta jest cięższa od pierwszej – co niespecjalnie dobrze mi robi. Jest szybsza, cięższa muzycznie ale brakuje mi tu muzykalności. Trochę przypomina mi to wylewanie kubłami decybeli. Bardziej podpasowują mi te wolniejsze, bardziej melodyjne kompozycje, takie jak “The One”, “No Rain No Rainbow” i “From Dusk Till Down”. Moim zdaniem za dużo tu instrumentów klawiszowych i wstawek elektronicznych. Zawiodłem się trochę na “Tales of Destinies” – po tym co przeczytałem na temat tej piosenki w różnych recenzjach albumu, miałem bardzo wysokie oczekiwania, ale jak się okazuje, mega progresywny metal to jednak nie moje buty. Wolałbym, aby więcej piosenek na tej płycie było w podobnym klimacie jak “Amore”, który to utwór jest właśnie taki jaki chciałbym aby był. Ogólna ocena płyty to co najwyżej 7/10, czyli jak na moje standardy – niebezpiecznie ociera się o przeciętność. Połowa płyty jest zbyt agresywna muzycznie jak na moje gusta, ale do tej 7-ki dociągnęły ją te wolniejsze utwory w towarzystwie “Road of Resistance” i “Amore”. Jak przy każdej nowej płycie – wiadomo, że nie zawsze coś zaklika przy pierwszych odsłuchaniach, dlatego jest to ocena na gorąco. Może jeszcze do czegoś się bardziej przekonam – tak jak miało to miejsce w przypadku “KARATE”. Pod tym względem upatruję szansy w utworach “GJ!” i “Sis Anger”, który wydaje się być świetny na mosh pit.

Płyta BABYMETAL “Metal Resistance” jest dostępna od 1 kwietnia w sklepach płytowych na całym świecie. Niestety póki co nie ma oficjalnego dystrybutora w Polsce [UPDATE: Płytę można już zamówić w polskich sklepach, dystrybuowana jest przez Mystic Production], ale można ją nabyć w Europie, m.in. w Wielkiej Brytanii i Niemczech. Dostępna jest również oficjalnie w wersji cyfrowej, m.in. w serwisach iTunes, Spotify i Google Play.


Balibuli, Szogi & Videl

Komentarze z Facebooka

Jeden komentarz do [Recenzja] Babymetal – Metal Resistance

Zostaw odpowiedź

Możesz używać tagów HTML i atrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Uzupełnij Captchę: Time limit is exhausted. Please reload CAPTCHA.